PLFA X: Kosztowny europejski test

1 lipca 2015

Kiedy opadł kurz po krwawych bitwach w EFAF Cup, gdzie The Crew Wrocław poniosło dwie wysokie porażki, do walk na innym froncie kontynentu szykowali się Pomorze Seahawks (obecnie Seahawks Gdynia). 

Wicemistrz z sezonu 2008 postanowił sprawdzić swoje siły w rywalizacji międzynarodowej. Tym razem korzystając z nowej sposobności pod egidą EFAF. Ta organizacja z myślą o państwach, które niedawno dołączyły postanowiła utworzyć nowe rozgrywki dopasowane do poziomu startujących. Tak powstał Atlantic Cup i Challenge Cup. Do tego drugiego, dla krajów z naszej części kontynentu, dołączyły Jastrzębie. - Nasza drużyna nigdy nie miała długiej ławki rezerwowej, ale mimo tego braku bardzo chcieliśmy spróbować swoich sił na arenie międzynarodowej – wyjaśnił Łukasz Miotke, występujący w 2009 roku na pozycji centra. 

Miłe złego początki
Najpierw przyszła pora na Gyor Sharks, węgierską ekipę, która powstała w 2005 roku. W latach 2006-2007 zgarnęła dwukrotnie tytuł mistrza kraju. Dla Rekinów przyjazd do Gdyni 2 maja 2009 roku był również debiutem w europejskich rozgrywkach. Po pierwszej połowie goście prowadzili 13:0, ale trzecia kwarta należała do Seahawks. Rewelacyjną akcją powrotną popisał się Jakub Muraszko zaś Tomasz Moskal po podaniu od Macieja Siemaszko dopisał drugie przyłożenie dla gospodarzy. W ostatniej części meczu Jastrzębie po sześciu punktach Sebastiana Krzysztofka zbliżyły się do rywali na jeden punkt, ale prowadzenie dla Węgrów zwiększył Gabor Szabo. Pomorzanie ulegli 18:27. Porażka ujmy nie przyniosła, natomiast stała się zalążkiem kłopotów polskiej ekipy. - W tym starciu nie mieliśmy za wielkich szans. Sharks przewyższali nas fizycznie w takim stopniu, że nie musieli stosować żadnej finezji czy rozbudowanej taktyki. Efekt był taki, że od tego meczu zaczęły się nasze problemy z kontuzjami (Michał Garbowski więzadła krzyżowe, Jakub Małecki złamany piszczel), które z tygodnia na tydzień zbierały swoje żniwo wśród liderów ataku i obrony – wspomina Maciej Siemaszko, ówczesny rozgrywający Seahawks. 


Walka mimo wszystko
W okrojonym składzie Jastrzębie wybrały się do Serbii, żeby zmierzyć się z ekipą Vrbas Hunters. Jak się wkrótce okazało – podróż w obie strony była dla zawodników nie lada przeżyciem, które chętnie wspominają: - Ten mecz był dla mnie najciekawszy. A to dlatego, że pierwszy raz w życiu byłem gdzieś dalej za granicą niż u cioci w Niemczech. Serbia jako kraj podobał mi się na tyle, że w żartach mówiliśmy aby zostać tam i osiedlić się na stałe (śmiech) – zdradził Miotke. Dobry nastrój psuły jednak kontuzje. Na ten mecz wyjazdowy Seahawks wystawili skład... 22-osobowy. Zabrakło serca pomorskiej załogi – running backa Sebastiana Krzysztofka, który uległ poważnej kontuzji stawu skokowego w starciu z Husarią. - To zdarzenie bardzo odbiło się na całej drużynie. Oprócz niego nie zagrali także Michał Garbowski (linebacker), Jakub Małecki (defensywny liniowy), Daniel Kokoszka (fullback) i Tomasz Moskal (skrzydłowy). Jak widać po nazwiskach był to cały trzon ataku jak i fundament naszej obrony – wyjaśnił Siemaszko.

Ale skromny liczbowo zastęp postawił rywalom trudne warunki i 16 maja przegrał tylko 14:21. Co ciekawe trener Seahawks – Maciej Cetnerowski, który robił co mógł, żeby połatać dziury w składzie musiał przesunąć rozgrywającego Macieja Siemaszko na... pozycję skrzydłowego. Zaś oba przyłożenia dla polskiej ekipy zdobył Jakub Muraszko, filar... defensywy, który wykończył akcje podaniowe jako wide receiver. Wśród Pomorzan panował ogromny niedosyt: - W tamtym meczu mieliśmy jedyną realną i prawdziwą szansę nawiązać walkę z drużyną europejską. Uważam, że gdyby był chociażby któryś z duetu running back/fullback to byśmy wygrali! – stwierdził Siemaszko. Zawtórował mu Miotke: -Wiedziałem, że gdybyśmy byli w pełnym składzie, nieobarczeni kontuzjami, to moglibyśmy zapisać się na kartach polskiego futbolu jako pierwsza drużyna, która wygrała mecz międzynarodowy. Przeciwnik był zdecydowanie w naszym zasięgu. 

Na finiszu
Pod koniec maja Jastrzębiom pozostał jeszcze mecz domowy, w którym podjęli Klek Knights. - Przed trzecim starciem myśleliśmy, że skoro w tak ciężkich warunkach w Serbii walczyliśmy jak równy z równym to czemu teraz miałoby być inaczej? Po pierwszej kwarcie wiedzieliśmy już, że tak „lekko” nie będzie. Rywale byli świetnie przygotowani, jeśli chodzi o grę podaniową i nas po prostu rozrzucali – przyznał Siemaszko. Dla gospodarzy punkty zdobyli Daniel Kokoszka i Kamil Lipka, ale o trzydzieści więcej zebrali goście. Seahawks ulegli 12:42. Pomorzanie okupili swoją przygodę kontuzjami oraz problemami w polskiej lidze, gdzie po raz pierwszy (i jak dotąd jedyny) nie awansowali do półfinału. - Tamte mecze, mimo że przegrane, wspominam dobrze. Dały nam niezłą lekcję poglądową i duże doświadczenie. To była wspaniała przygoda, ale rachunek za tę naukę przyszedł wysoki – skwitował Siemaszko. Jednakże dwa wyrównane mecze przyniosły pomorskim i polskim kibicom wiele dumy oraz nadziei, że przyszłość europejska jest w zasięgu rodzimych ekip.

Seria PLFA X
1. odcinek: Mityczna "pierwsza piłka"  http://plfa.pl/news/1923/
2. odcinek: Historia kołem się toczy http://plfa.pl/news/1944/

 

Marcin Fijałkowski
m.fijalkowski@pzfa.pl
Biuro Prasowe PLFA